Motocyklem do Grecji.

Dzień 1

Jeśli nie chcę Wam się czytać to na końcu jest film. Zapraszam!!!

Zimno. 6 stopni celciusza. Nic nie zapowiada poprawy, a czas leci, ruszam. Romecik załadowany maksymalnie, trochę przesadziłem, ale pogoda zmuszała do zabrania większego bagażu.Przygoda czeka i daje o sobie znać dośc szybko, po ok 100 kilometrach, widzę, brak świateł. Jadę do rodziny w Puławach i profilaktycznie izolacją naprawiam awarię. Mam teraz tylko długie światła, stop i kierunki, ale to nic, lecę dalej. Przed Sandomierzem łapię gumę, zaczyna się ściemniać, więc szybko wyciągam graty i odkręcam koło. Podchodzi miły człowiek i oferuję pomoc. Koło trafia na warsztat, zmienia dętkę, zalepia uszkodzoną i w kilka minut znów jestem w trasie. Dziękuję za pomoc, zupełnie darmową. Pędzę już po ciemku, ale wiem, że dziś jeszcze nie rozstawiam namiotu. DaJan i Krysz na mnie czekają, czeka na mnie wódeczka, ciepły kont do spania i słowo pocieszenia. Dziękuję DaJan za nocleg. 

Pękło zaledwie 300 kilometrów, ale to był jednak ciężki dzień.

Dzień 2

Ruszamy dalej. Krysz na swojej Virago 535 musi dostosować się do moich prędkości, ale dzięki temu pieniądze z Jego sakiewki wolniej ubywają, spalanie poniżej 4,5 L/100 km należy uznać za satysfakcjonujące. To jednak nadal 1,5 litra więcej niż mój Romecik.

Tankujemy na stacji benzynowej w Barwinku, na przejściu granicznym ze Słowacją i nagle nachodzą czarne chmury, zaczyna sypać śnieg jakiego nie widziałem, przez całą zimę, jest jeszcze zimniej, jadę w dwóch kurtkach, mam dwie pary spodni, więc jakoś to przetrwam, ale kolców w oponach nie mamy. Kierowca tira mówi ,,zawracajcie cała Słowacja zasypana…” Po kilku minutach przebija się jednak słoneczko, nie zastanawiamy sie długo, Krysz zakłada tylko przeciwdeszczówkę i jedziemy dalej.

Słowa kierowcy Tira sie nie sprawdają, śniegu zalegającego na drogach nie ma, pedzimy jak najszybciej, pokonujemy naszych południowych sąsiadów, zostawiamy w tyle również Węgrów i meldujemy się w Serbii. Już po ciemku znajdujemy pensjonat za 12 Euro od osoby, kupujemy piwko, pieczywo i oddajemy sie wieczornym rozmową, jest fajnie. Pomimo wieczoru jest przyjemnie ciepło. Dzis zrobiliśmy 597 kilometrów.

Dzień 3

Dzień nudny jak Serbskie autostrady, cały spedzony w siodle a końca wcale nie widać. Różnia się jednak od autostrad do których juz zdążylismy sie przyzwyczaić w Polsce. Na tych spotkanie człowieka w czerni na jej srodku nie jest rzadkością, można napotkać także pojazdy wolnobierzne, ciagniki rolnicze, zwierzęta, a nawet widzieliśmy staruszkę która na pasie pomiędzy jezdniami zrywała mlecz dla zwierzaków.Przednia opona w mojej Białej Damie zużyła sie tak nierówno, że trzęsie juz całym motocyklem, recę zaczynają boleć, ale pedzimy dalej, bo robi sie ciemno. Wjezdżamy do Macedonii,  zaczynamy szukać noclegu, i tu zaczynają sie schody, jest kilka hoteli, ale wszystkie poza naszym zasięgiem finansowym, kręcimy się w kółko, pytamy, ale nic taniego nie widać, a nam marzy się jeszcze jeden nocleg w cywilizowanych warunkach, nie mamy sił rozbijać namiotów.

Ryś negocjuję cenę w hotelu Montenegro, w miejscowości Wełes na drodze E-75, udaję się zejść do akceptowalnego poziomu 15 Euro, maszyny trafiają do garażu, a my do baru na jedno piwko. W pokoju rozpijamy jeszcze po jednym, kąpiel i do wyrka, nawet jeśc za bardzo się nie chcę, poprostu, żyjemy drogą.

Dzień 4

Romet i Virago odpalają od strzała i ruszamy w strone miasteczka po którym kręciliśmy sie zeszłej nocy szukając noclegu, jest klimat, ale jednak wieczorem robi fajniejsze ważenie. Dostrzegam serwis wszelkiej maści motocykli, głównie chińskich, kupuje oponę, ( chińską) troche większy balon niż oryginał, ale nie mam wyboru, jest tylko taka. Szybka wymiana i juz możemy jechać. Bylismy bardzo miło przyjęci, chłopaki z serwisu najpierw zrobili nam kawę, potem przynieśli zimna colę,  a za opone z wymianą zapłaciłem zaledwie 35 €, co wydaje się uczciwą ceną.

Tak wyglada opona po 3500 kilometrach, nowa ma bardziej uniwersalny bierznik, powinna wytrzymać dłużej.

Przymierzam się jeszcze do miejscowego moplika i jedziemy dalej, dzis musimy wjechac do Grecji, juz nie moge się doczekać, kolejne marzenie sie spełnia.

Każdy kilometr dalej, każdy obrót koła, przybliza mnie do celu. Macedonia już bez przygód zostaje w tyle. Podoba mi się jest gorąco, zdejmujemy kolejne warstwy motocyklowej odzieży i pomysleć że jeszcze 3 dni temu w Polsce było 5 stopni celciusz i padał śnieg.

 

Po drodze mijamy dużo takich kapliczek, nie mam pewności, ale jest to najprawdopodobniej miejsce pamięci człowieka, który zginał tutaj w wypadku drogowym. Jest ich mnóstwo, nie nastraja to optymistycznie, Grecja okazuję się krajem dośc niebezpiecznym. Kiedyś w Rumunii widziałem podobna ilosc krzyży przy drodze, robi to dość smutne wrażenie.

Kilkadziesiąt kilometrów od Salonik sprawdzamy słoność morza Egejskiego, robimy pamiątkowe zdjęcia i lecimy dalej- cel Meteory.

Mamy dobry czas i robimy jeszcze 200 kiloetrów w głąb Grecji docieramy prawie do samej Kalambaki, ostatniej wioski przed słynnymi Meteorami. Dziękuję Dorota za książkę. Znajdujemy miejsce biwakowe, jest wyjatkowe. Rozbijamy namioty i pijemy miejscowe piwko 100 metrów od bramy wjazdowej do jednego z klasztorów. Spimy na dziko, na polanie która pewnie sporo już widziała, ale czy kiedyś spali tu Polscy motocykliści? A jeśli tak to czy był tu jakiś Romet?

Dzień 5

Zwijamy obóz, jest pieknie, ciepło. Kawka, delikatne sniadanie i jedziemy. Juz po minucie zaczynają się fajne zakręty, jesteśmy w górach, ale dziwnych górach trochę jak nasze Stołowe, wyrastają nagle z płaskiego terenu, dziwnie to troche wygląda.

Nareszcie. Coś przedziwnego, troche bajkowego, warto było tu jechać. Nie ma słów które mogą opisać ich piekno. Jak wiele pracy musiało koszować zbudowanie klasztorów. Bez dźwigów, samochodów, bez dzisiejszej techniki. Cegła po cegle, kamień po kamieniu ręcznie, dzień po dniu przez całe lata, naprawdę ciężko to ogarnąć.

Dzis śpimy w parku miejskim, na wysokim klifie, słychać usypiający szum morza, ale dostępu do wody nie ma, nie ma więc mowy o kapieli, ale czas na piwko udało sie znaleźć. 

Dzień 6

Dzis atak na Ateny. Miasto ładne, ale strasznie zatłoczone, mnóstwo motocykli i skuterów, jest potwornie gorąco, ponad 30 stopni, a my gotujemy sie w naszych uniformach. Trochę błądzimy, nawigacja sie przegrzewa, stosujemy wiec stary sposób podróżnika- pytamy miejscowych. Pomaga nam motocyklista, doprowadza nas pod sam Partenon.

Parkujemy na strzeżonym parkingu, przebieramy się i ruszamy w miasto. Ateny są bardzo drogie, wejscie na Partenon 20€, piwo w sklepie ok 2€. Upał i jadowite słońce nie pozwalaja na zwedzanie, szybko dochodzimy do wniosku, że nasze miejsce jest na stalowych rumakach i wracamy, czuje niedosyt, może kiedys jeszcze tu wrócę.

Kanał Koryncki, robi na mnie spore wrażenie, wiem, że to dzieło ludzkich rąk, że zbudowanie czegoś takiego było wręcz niemozliwe, więc tym bardziej chylę czoła. Kanał o długości 6 kilometrów skraca drogę morską dla statków o niemal 200 kilometrów. Wyskośc ścian to niemal 80 metrów, patrząc w dół naprawdę może się zakręcić w głowie. Bylismy także na moście zwodzonym juz u podnóża kanału, to tutaj mieszają sie wody morza Jońskiego i Egejskiego

Dzień 7

Nasze wczorajsze chodzenie po Atenach trudno nazwać nawet zwiedzaniem. Ale miasto uważam za odhaczone z mojej listy. Chciałbym spędzić tu choć jedną noc, żeby poczuć prawdziwy klimat miasta.

Wczoraj zrobilismy 424 kilometry, Romecik spisuję się znakomicie, od kiedy go dosiadam nakręciliśmy już ok 4500 kilometrów, nic się nie odkręciło, wszystko działa, tylko łańcuch muszę codziennie naciągać, trochę jest to denerwujące.

Krysz jeszcze śpi, więc cicho idę na rekonesans. kolejna fajna miejscówka. Olbrzymie Agawy, drzewka oliwne i pomarańczowe, na których są jeszcze zeszłoroczne owoce. Ale pięknie się spało, namiot, świeże powietrze, natura to najlepszy pieciogwiazdkowy hotel dla turysty, nie zamienił bym go za nic. W Polsce jest 7 °C, a tutaj o 7 rano jest już gorąco.

Ruszamy, teraz jest juz z górki, kazdy kilometr to juz bliżej domu, objężdzamy Peloponez, przeprawiamy sie przez oczywiście płatny most i wracamy do Grecji kontynentalnej.

Lecimy do Albanii, juz wiem, że tam wrócę, nie Grecja nie Czarnogóra, a właśnie Albania najbardzi mi sie spodobała, trochę biednie, trochę brudno, drogi słabe, ale ja lubie takie warunki. jest jeszcze jeden wielki plus, CENY. Piwo w Grecji kosztuję ok 7 zł. a w Albanii ok 2 zł, ta różnica mnie przekonuję.

Dzień 8

Śpimy kilkadziesiąt kilometrów za Sarandą, na plaży w sezonowym, zamkiętym jeszcze barze. Było tak gorąco i bylismy tak zmęczeni, ze rozkładanie namiotów odpuścilismy sobie. Był jeszcze jeden powód, który potwierdził, że dobrze zrobilismy. Na plaże podjechał duży terenowy samochód, zapalił długie światła, kierowca popatrzył na nas przez minute po czym z problemami wyjechał z piachu i pomalutku odjechał. Nikt nas nie zaczepił, nic nie mówił, ale niepewność została, a może to złodzieje, mafia, albo Policja, nie wiadmomo, ale nikt już więcej nas nie niepokoił. Poza oczywiście cykadami, dziwnymi świecącymi robalami i nurkiem, który o 23 godzinie, w całkowitych ciemnosciach z latarką przeczesywał dno wzdłóż wybrzeża, zastanawia mnie na co polował.

Jazda trasą SH8 w Albanii jest niesamowitym przeżyciem, przepaście, zakręty, bardzo słabe zabezpieczenia, wąsko i średniej jakości asfalt sprawiają, że początkujący motocyklisci nie powinni tu zaglądać. Dla mnie jednak to droga marzeń, ręcę wręcz bola od zakrętów, głowa skupiona na jeździe, ale ciągle też obraca sie na boki i rejestruje  krajobraz, jest pięknie.

Dzień 9

Śpimy na nieczynnym jeszcze kempingu, koło Budwy w Czarnogórze. Wystarczy wyść na skarpę i mamy piękny widok na skalistą, dobrze znaną wyspę Sveti Stefan, zamieszkałą przez bogaczy.

Czas nas goni przez Chorwacjię ruszamy w stronę Bosni i Hercegowiny. Z naszego kempingu do Mostaru mamy 243 kilometry, a po drodzę jeszcze Kotor i zatoka Kotorska z pieknymi widokami. Ten dzień tez jest pełen przepysznych widoków i pysznej Bałkańskiej specjalności ,,burek” wypiekanego z ciasta filo z nadzieniem z mięsa lub sera.

Za Mostarem gubimy się z Kryszem po raz kolejny, ale każdy wie gdzie ma jechać, więc stresu nie ma. Upał daję się we znaki, czasami jadę bez rękawiczek, i z rozpietą kurtką. Pamiatkowe zdjęcie mostu i uciekam dalej, boje sie zostawić motocykl na dłużej, bo jest tam dużo żebraków, a moje juz brudne ciuchy przytroczone do Rometa moga być łakomym a napewno łatwym do zdobycia kąskiem.

Dla nie wtajemniczonych Banici to miejscowośc w Chorwacji, ale także silna grupa motocyklistów z którymi od kilku lat jeżdżę. Zajrzyjcie na www. banici.pl

Dzień 10

Nasze dzisiejsze spanie to kontener który stoi za moimi plecami na niniejszym zdjęciu. kontener zapewne zdjęty z jakiejś wojskowej ciężarówki, służył dla radiotelegrafisty, albo przewożono w nim amunicję, dzis stoi na kempingu w Bośni i za pare groszy jest do wynajęcia. Zdecydowaliśmy sie ponieważ niebo straszy deszczem, a Krysz juz kiedys w nim spał i twierdzi, że tragedii nie ma. Kupujemy pół litra ,,Palinki” czyli miejscowego bimbru ze śliwek i wspominamy dzień który pomalutku zamienia się w noc. To też ostatni noclego poza granicami Polski. Czeka nas długi i męczący dzień, troche po autostradach, troche po drogach lokalnych, jeszcze tylko kilka granic i dotrzemy do ojczyzny.

Dzis mijamy bardzo dużo motocyklistów również z Polski, wszyscy na super turystykach, tylko my prawdziwi Banici wyłamujemy się ze stereopytu, że tylko duże, cieżkie i drogie motocykle nadają się do dalszych wycieczek. Udowadniamy, że nawet na sterej japonii i na Polsko-Chińskiej pierdziawce można nawijać kilometry. Już nad Balatonem zauważyliśmy, że będzie ciężko, jest już po południu, a do przejechania pozostało około 500 kilometrów. Cały dzień spędzamy w siodle, a ostatnie 200 kilometrów po ciemku i w deszczu. Tego dnia zrobilismy ponad 900 kilometrów. Do DaJana docieramy oddzielnie, przemoczeni, zmarznięci, ale szczęśliwi. Czeka na nas kolacja, ciepłe łóżko i piwo, jesteśmy uratowani.

Dzień 11

To już jest koniec, pozostały wspomnienia i kilka zdjęć. Już w zimnie i w lekkim deszczu pokonuje ostatnie 350 kilometrów i melduje się w domu. Dziekuje wszystkim którzy mi pomogli oraz gratuluje Tym którzy przemęczyli się i dotarli z lektura mojej wycieczki, aż do tego momentu.

FILM z WYCIECZKI.

 

Komentowanie jest wyłączone