Chorwacja 2015

Tym razem wypadło na Czarnogórę, zawsze chciałem tam dotrzeć, sporo czytałem i wiem, ze to piękny kraj.

Ruszamy więc. Zaliczka na pobyt zapłacona, samochód zatankowany, wybieramy krótszą , tańszą, ale trudniejszą trasę przez Słowację, Węgry i Serbie. Każde z Tych państw mam juz zaliczone podczas innych wycieczek, więc bez zbędnego ociągania, bez zwiedzania, tranzytem pędzimy do celu.

Przygoda nr 1.

Na granicy Węgry -Serbia widzimy setki uchodźców, w wiekszości z Syrii, całe rodziny z małymi dziećmi. Widok przytłaczający, pada deszcz, a te maluchy siędzą na gołej ziemi, nie osłonięte niczym, a ich rodzice w tobołku na plecach dźwigają cały swój dobytek. W związku z sytuacją, kontrola na granicy jest zaostrzona, i tu okazuje się, że Andrzej kierowca drugiego auta nie może jechać dalej. Skradziony dwa lata wcześniej Dowód Osobisty wciąż jest w bazie Interpolu i niestety to koniec naszej Serbskiej podróży. Nawrotka i wraz z imigrantami stoimy 3 godziny, żeby wrócić na terytorium Węgier. Szybka decyzja i zmiana planów, jedziemy do Chorwacji, tam przynajmniej nikt dokumentów nie będzie nam sprawdzał.

Przgoda nr 2.

Już w nocy docieramy do miejscowości Baja na południu Węgier. Szukamy noclegu, lecz jak na złość wszystkie Hotele, Hostele i pensjonaty mają pełne obłożenie. Zdenerwowany, zmęczony, ciemno i pada deszcz, popełniam błąd, cofając uderzam w zaparkowany samochód, ruszam i po chwili robie to samo, znów uderzam w ten sam samochód. no nie tego juz za wiele, mam jakies chwilowe zaćmienie, ludzik w głowie mówi mi, że trzeba gdziekolwiek, za wszelką cenę znaleźć nocleg i to jak najszybciej. Ruszamy, a w prawym kole coś chrupnęło, jadę dalej i po kilkuset metrach, wykręca sie śruba z wahacza, rozpada sie półośka i w centrum Baja stoimy bez napędu. Myslę pięknie, czy to już koniec Wakacji. Jeszcze na dobre się nie zaczeły, a my juz musimy wracać do domu. Niestety tą noc spędzamy w samochodzie, lewarek podłożony, żeby koło całkiem nam nie odpadło, trójkąt ostrzegawczy wystawiony, więc w miarę bezpiecznie zasypiamy. Jak widac nocleg znalazł się sam i to darmowy.

Rano długie konsultacje z ubezpieczycielem, podejmuje decyzje, Peugeot wraca do Polski na lawecie. nie chcę go tu naprawiać, proponują jedynie serwis autoryzowany, zapewne zostawił bym tam wszystkie wakacyjne pieniądze. Andrzej od rana szuka noclegu, bo wszyscy zostają, a ja z Laszlo, kierowcą lawety, wracam do ojczyzny. Szwagier zaproponował mi auto zastępcze, zorganizował drugą lawetę i po kilku godzinach jazdy zamieniamy samochody w okolicy Nowego Targu. Wracam na Węgry Passatem, a moja czterystasiudemka jedzie dalej do miejsca skąd kilkadziesiąt godzin wcześniej wyruszyła.

Laszlo to bardzo fajny gość i nawet zaczeliśmy rozumieć co do siebie mówimy, a to już wyczyn. Zaprosił mnie  na pyszny obiad do siebie do domu, jego brat folkowy tancerz wystepował w Polsce, miedzy innymi w Poznaniu, poczęstowałem Go więc piwem Tyskie, które należy właśnie do Poznańskiej Kampanii Piwowarskiej.

Dwa przymusowe dni spędziliśmy w Baja, ale mogę powiedzieć, a właściwie Ci którzy tam zostali, (bo ja oczywiście jeździłem sobie lawetami), że to nie był stracony czas. Baja to bardzo fajne przyjazne miasteczko, mocno usportowione co widać po tłumach biegaczy na ulicach, z fajną starówką, koncertami i mnóstwem pubów, wiem, że na pewno się tam nie nudzili.

Po kilku godzinach jazdy jesteśmy już w Crikvenicy, miejscowości w której kilka lat wcześniej spędzaliśmy wakacje. no i tutaj plażing i smażing. Tydzień wylegiwania się na kamyczkach, tak na kamyczkach bo piachu na morzem tu nie ma. Grillujemy, pijemy Karlovaćko i Ożujsko i odpoczywamy.

Przygoda nr 3.

Czas wracać, tym razem obieramy opcję autostradową i jedziemy przez Słowenię i Austrię. Zatrzymuję się na stacji paliw, a z tylnych kół Passata słyszę szumy, trzaski, syki. Odpalam szybko samochód i wszystko sie uspokaja. Poddenerwowany, domyslam się juz jaka jest tego przyczyna, ruszam dalej.

Jestesmy juz 100 kilometrów od Polskiej granicy, a na autostradzie gigantyczny korek, jedziemy pasem awaryjnym na stację paliw i drogą techniczną zawracamy, w poszukiwaniu alternatywnej trasy. Ruszam szybko, bo Tiry zaczynaja mnie zastawiać i nagle załącza się hamulec postojowy, nie można go wyłączyć, a ja z trzymającymi hamulcami, piszczacym alarmem muszę zrobić jeszcze kilkaset kilometrów do domu. Hamulce odpuszczają, ale błąd ciągle wyswietla sie na desce i wyje alarm, podejmujemy decyzję, jedziemy bez noclegu, chcemy wrócić jak najszybciej, nie ryzykując, że jak zgasze samochód to juz nie będę w stanie nigdzie dalej nim pojechać. Zrobilismy non stop ponad 1300 km, to sporo biorąc pod uwagę, że musieliśmy jechac trochę wolniej z usterką, stalismy w korku i jeszcze trochę pobłądziliśmy.

A tu kilka fotek, jak to na wakacjach łatwo sie rozpić.


Wyjazd uważam za udany, chociaż zwiedzania było bardzo mało i wydalismy więcej pieniedzy niż mieliśmy w planach. niestety awarie się zdarzają, oby był to ostatni raz w tak długiej trasie. Dziękuje za miłe towarzystwo Andrzejowi i Marioli z dzieciakami, oraz mojej kochanej żonie oraz grzecznym dzieciakom.

Komentowanie jest wyłączone